Mama

Historia brzucha mego.

Akceptacja swojego ciała po ciąży

W czasie ciąży z bliźniakami zastanawiałam się do jakich rozmiarów urosnę. Tak zwyczajnie, po ludzku ciekawiło mnie, czy będę głaskała się po gigancie, czy brzuch nie będzie różnił się od standardowego mieszkanka jednego maluszka. Bez najmniejszego przerażenia witałam każdy dodatkowy centymetr w obwodzie brzucha. Przed rozstępami ratowałam się oliwką i olejkiem arganowym, a i tak to co miało to się pojawiło. Najważniejsze było to, aby dzieci spędziły pod moim sercem jak najwięcej czasu. Pamiętam znakomicie chwile, kiedy głaszcząc się po brzuchu mówiłam do chłopców:

Słuchajcie mamy. Możecie mnie kopać ile wlezie. Możecie rozpychać się na wszystkie strony, ale wyjdziecie wtedy, kiedy damy Wam zielone światło. 

To była taka nasza pierwsza umowa. Obie strony ( dzieci i mama ) wywiązały się z niej wzorowo.

Mam sporą dawkę oleju w głowie i na całe szczęście ani razu w ciąży na myśl mi nie przyszło, aby zerknąć choć przez moment na  forum, lub grupę na facebooku skierowaną do ciężarnych kobiet. Dobrze, że bloga zaczęłam pisać po urodzeniu chłopców, bo myślę, że o istnieniu pewnych “interesujących” miejsc w sieci dowiedziałabym się wcześniej. Jestem przekonana, że nie zostałabym aktywnym członkiem żadnej z takich grup, ale czytanie wielu bredni byłoby w moim stanie niewskazane. Jasną sprawą jest to, że w takich miejscach odnaleźć można wiele ważnych, ciekawych i pomocnych informacji. Jest to przecież nasz kobiecy, mamusiowy rewir. Często jednak przecieram oczy ze zdumienia i przerażenia jednocześnie. Kobiety same na siebie bicze kręcą. Oceniają, krytykują bez opamiętania, tworzą swój wirtualny obraz bez jakiejkolwiek skazy.

Lubię obserwować otaczającą mnie rzeczywistość, również tą wirtualną. Chyba zostało mi jeszcze trochę z natury socjologa. Czytam lotem błyskawicy pytania kobiet w ciąży, które oczekują porad i wsparcia.  Zastanawiałam się już nie jeden raz, gdzie podział się ich zdrowy rozsądek. Problemem staje się zbyt duży brzuch w ciąży, bo skóra będzie rozciągnięta. Analizowane są przybierane kilogramy w każdym trymestrze ciąży – tak, aby nie daj Boże za dużo ich nie doszło, bo problem będzie z ich zrzuceniem. Zrozpaczona świeżo upieczona matka wylewa swoje żale na grupie facebookowej, bo po samym porodzie zeszło jej mniej kilogramów niż planowała !! I to nie jest żart.

Trwa moda na błyskawiczny powrót do formy sprzed ciąży. W mediach co rusz spotkać się można z ploteczkami, fotkami, wskazówkami, dietami, artykułami na ten temat. Co zrobić, jak zrobić, kiedy robić, aby być zajebistą matką bez ciążowego balastu. Pozbyć należy się wszystkiego co natura dała w gratisie z dzieckiem. Media napędzają machinę na super fit figurę. Powrót do wagi sprzed ciąży staje się niemal obowiązkiem każdej młodej matki.

Zawsze byłam zakompleksiona. Okularnica, za niska, za gruba, z pryszczami na twarzy. Za największy swój atut uważałam…. kręcone włosy.  Oceniałam siebie bardzo krytyczną miarą. Przejmowałam się tym, co pomyślą o mnie inni ludzie. Czułam się gorsza od swoich miastowych koleżanek. Pamiętam jak dziś inauguracyjny dzień w białogardzkim liceum, gdy pierwszą poznaną przeze mnie osobą była Ela.  Jej warkocze sugerowały wiele. Stwierdziłyśmy po czasie, że wieś do wsi ciągnie 🙂 Obie czułyśmy, że nie pasujemy do większości. Tak było.

Po czasie studia, nowe znajomości, praca, wyjazd za granicę. Nabierałam większej pewności siebie, ale ze swojego ciała byłam nadal niezadowolona. Nie lubiłam siebie. Nie lubiłam przeglądać się w lustrze. Nie akceptowałam siebie. To tu za dużo, to tu za mało. Standard niemalże każdej młodej dziewczyny.

Poznanie tej właściwej osoby, tej na którą czekałam zmieniło wiele. Okazało się, że ktoś uważa mnie za atrakcyjną, pomimo moich permanentnych kompleksów.

Diametralnie wszystko zmieniło się w moim postrzeganiu samej siebie, gdy zostałam mamą.

Lubię konkrety. Zaserwuję Wam troszkę liczb, czyli słów kilka o faktach. Ciążę rozpoczynałam z wagą 72 kg przy wzroście 158 cm. Po kilkuletnim leczeniu hormonalnym zwiększająca się masa ciała była efektem ubocznym, mało wtedy dla mnie znaczącym. Najważniejsze, że leczenie zakończyło się pełnym sukcesem. Podwójną wygraną. W czasie ciąży nie miałam żadnych zachciewajek. No może oprócz zajadania się na śniadania kanapkami z pasztetem drobiowym w pierwszych trzech miesiącach ( po tym czasie ani razu już po pasztet nie sięgnęłam ). Nie faszerowałam się za trzech, nie interesowały mnie fast foody. Odżywiałam się normalnie.

W dniu porodu ważyłam 90 kg. 18 kg na plusie przy ciąży bliźniaczej to nie była żadna tragedia, choć przyznaję, że z opuchniętymi nogami czułam się jak słonica, a po porodzie jak rozjechana ropucha. Ze szpitala wyszłam z wagą 80 kg i przez kolejne dwa lata mój rozmiar się nie zmieniał. Wskaźnik na wadze lekko drgał to do przodu, lub lekko do tyłu. Jako debiutantka rzucona na głęboką wodę myślałam jedynie o dzieciach i o kilku godzinach snu na dobę. Na nic innego nie miałam ani siły, ani czasu. O synchronizacji i stałym planie dnia co do dzieci pisałam już na blogu. Niestety zasada ta nie dotyczyła mamy. Mama spała, jadła, piła, myła się wtedy, kiedy pojawiła się taka sposobność, kiedy sobie o tym przypomniała, lub ktoś inny jej o tym przypomniał. Nie karmiłam chłopców piersią, co również nie pomagało mi w zrzuceniu nadbagażu.

Gdy po upływie kilku miesięcy od porodu sytuacja zaczęła się stabilizować, uspokajać następował czas zrywu. Przechodzę na dietę. Padało hasło i na tym się kończyło. Po kilku dniach poddawałam się. Kilogramy pomału zaczęły wędrować w dół w momencie, gdy uświadomiłam sobie, że nie o dietę tu chodzi, a o zmianę nawyków żywienia. I to był przełom. Malutkimi kroczkami brnę do przodu. Wiele jeszcze przede mną, ale najważniejsze już osiągnęłam – akceptację siebie.

W czasach kultu perfekcyjnego wyglądu dodatkowe kilogramy wokół bioder i zwisająca skóra na brzuchu nie są tematem interesującym wielu ludzi. Takie są fakty, i ja je po czasie zaakceptowałam. Polubiłam swoje mamusiowe kształty. Nigdy wcześniej z taką śmiałością nie zakładałam stroju kąpielowego. Co ja pierniczę. Przed ciążą to ja nawet stroju nie miałam. Nie chodziłam na basen, nie opalałam się na plaży, bo jak ja się ludziom na oczy pokażę. Teraz opinia innych mnie nie interesuje.

Patrzę nadal krytycznym okiem na siebie, ale dzięki temu wiem do czego chcę dojść, wiem o co walczę. Nie zamierzam zagnieździć się w swoim stagnacyjnym myśleniu, które ogranicza i zniewala. Mając kilogramy do zrzucenia jestem mamą drugiego sortu ? Kobietą, którą mniej się kocha ? Na szczęście mam przy sobie ciągłe wsparcie i osobę wierzącą we mnie bardziej, niż ja sama.

Bycie mamą dodaje pewności siebie. Bycie mamą uczy tego co jest realnie tu i teraz najważniejsze. Z pewnością nie są to nadprogramowe kilogramy. Nie wierzę w czary-mary i biorę życie na serio, takim, jakim jest. Nie będę matką modelką. Nie będę drugą Lewandowską, czy tam inną fit pięknością, która całe życie pracowała na swoją figurę. Ze sportem zawsze miałam na bakier to i nie mam się co dziwić, że wyglądam, jak wyglądam. Akceptacja swojego ciała po ciąży to warunek konieczny do tego, aby być szczęśliwą mamą. Taką świadomość jest diabelsko ciężko wypracować bez wsparcia najbliższych osób.

Dzieci były warte każdego kilograma, każdego rozstępu. Chłopcy wynagradzają mi wszystko. I nie jest to żaden powtarzany przez wielu slogan, ale najprawdziwsza prawda. Tak jak jest, jest dobrze. Będzie lepiej. Mam nadzieję. I jak mantrę powtarzać będę rzecz najistotniejszą – jesteśmy zdrowi. To jest fundament wszystkiego co mam.

 

Pozdrawiam

JM

8 thoughts on “Historia brzucha mego.

  1. Cała prawda, nic dodać, nic ująć 🙂 Nie ma się też co porównywać do super fit mamuś, które tak jak napisałaś, całe swoje życie poświęciły aktywności fizycznej. Każda kobieta ma inną figurę, przemianę materii, problemy zdrowotne i predyspozycje bądź nie do tycia czy szybkiego spalania zbędnych kalorii. Najważniejsze jest zdrowie i to, aby dobrze się czuć we własnej skórze 😉

  2. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki o tym piszesz. Ja w ciąży przytyłam 16 kg, choć wymiotowałam do 6 miesiąca. Na początku nawet woda nie chciała się utrzymać. Ponieważ mój poród skończył się cesarką, a następnie milionem kroplówek, po porodzie do domu wróciłam z dokładnie taką samą wagą, z jaką wchodziłam na porodówkę. Też nie karmiłam piersią, ale kilogramy jakoś poleciały same przy opiece nad maluchem. Do rozstępów mam ogromną tendencję, ale robią mi się w dziwnych miejscach, a na szczęście nie na brzuchu (choć być może to rzeczywiście zasługa oliwek). Zauważyłam natomiast, że ok trzydziestki ciało zaczyna się zmieniać. Coraz rzadziej można pozwolić sobie na bezkarne obżarstwo, bo kilogramy same nie chcą już spadać 🙁 …. 😉

    1. Właśnie o to chodzi, że każdy przypadek jest inny. Nie można generalizować i zakładać, że jeśli ktoś inny w 4 tygodnie wrócił do formy sprzed ciąży to i ja tak powinnam i mi się uda. Tak kobiety myślą. Pojawia się coraz częściej problem pt: Chcę być w ciąży, ale boję się przytyć. Pozdrawiam.

  3. Dobrze ze niedawno pojawił sie temat powrotu do formy, bo inaczej kobiety żyłyby w przeswiadczeniu ze musza schudnac natychmiast. A tak zbuntowały sie instruktorki fitsness i uświadamiaja kobiety ze trzeba wszystko robic z głową

  4. Kult piękna, który wyziera z każdej okładki czy strony internetowej potrafi przysłonić prawdziwe piękno, które nosi w sobie każda kobieta, tym bardziej tak, która zostaje mamą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *