Mama

Matka na shoppingu.

Wiosenne porządki w szafie zostały przeprowadzone wyjątkowo sprawnie. Uginające się pod ciężarem fatałaszków półki wołały, błagały wręcz o odrobinę wolności. Jak większość kobiet mam problem ze swoją efekciarsko pisząc garderobą. Szafa pełna, a ja nie mam się w co ubrać. Po co to w ogóle trzymasz ? Zapytałam samą siebie. Korzystając z chwili natchnienia oraz przypływu wiosennej motywacji przygotowałam dwa worki z taśmą ściągającą. Piękne, niebieskie, pakowne wory. Jeden na rzeczy za małe, które liczę, że za jakiś magiczny czas jeszcze na siebie narzucę. Tymczasowo ( czas bliżej nieokreślony ) zmienią one miejsce leżakowania z mojej szafy na strych.  Drugi worek na te perełki, które perełkami dla mnie dawno być przestały. Przekładałam je jedynie z górnej na dolną półkę i z powrotem. Dlaczego ? Było mi szkoda się ich pozbyć.

Czy z ubraniem można się związać emocjonalnie ? Można. Bo w tym byłam na świetnej imprezie, a tą bluzkę miałam na pierwszej randce z mężem, a te zajebiście wykrojone spodnie pasowały na mnie jak ulał.  To nic, że od dobrych kilku lat w żadną z tych rzeczy tyłka nie wcisnę. To nic, że w sweterku pojawiły się już ślady po molach. Dość sentymentów. Nie było żadnej taryfy ulgowej dla jakiejkolwiek rzeczy.

Ostatecznie zawartość szafy została podzielona na trzy części: na strych, do kontenera z odzieżą, z powrotem do szafy. Następuje akt pierwszy dramatu pt. matka na shoppingu. Przewidując efekty końcowe akcji “wiosna” zostałam zmuszona do podjęcia decyzji o wybraniu się na zakupy. Nie może, zastanowię się, zobaczę, przemyślę, być może kiedyś, ale JUŻ TERAZ, JAK NAJSZYBCIEJ zabieraj nogi za pas w kierunku sklepu. Nie, nie spożywczego. Nie do Biedronki, czy Lidla. Sama myśl o dreptaniu po galerii handlowej przyprawia mnie o dreszcze. Ale cóż. Poczułam, że jestem przyciśnięta do muru. Na ogródek, plac zabaw, czy do przydomowej piaskownicy mam się w co przyodziać. Poza wskazane matczyne miejscówki będzie się już ciężko wybrać w dresie.

Pada hasło. W sobotę jadę na zakupy. SAMA. Zostajesz z chłopakami w domu. Potrzebuję kartę do bankomatu.

O tym co się dzieje z dziećmi, które przeczuwają, że matka chce przekroczyć sama próg domu pisałam już tutaj. Pojadę, jak zasną. Drzemka popołudniowa, która wypada zazwyczaj w stałych godzinach odwleka się w czasie. Bo się wygłupiają, to chcą żebym im czytała, a to opowiadają, śpiewają, pytają. Victoria. Sen zmorzył bliźniaki. Zadzieram kiecę i lecę.

Plan jest taki: nie kupuję niczego dla dzieci i dla męża. Dziś liczę się tylko JA. Obieram konkretne kierunki i nie zbaczam z wyznaczonej ścieżki. Zdając sobie sprawę z opłakanego stanu szafy moja wewnętrzna desperacja osiąga stan ostateczny. Przestaję marudzić wyruszam na zakupowe szaleństwo.

Zahaczam o najbliższy bankomat. Bez kasy w portfelu to nawet przyjemności z oglądania nie będzie. I co. Pusto. Bankomat nieczynny. OK myślę sobie. Przy weekendzie zdarza się. Jadę do kolejnej miejscowości w poszukiwaniu źródła satysfakcji. Jakie było moje zdziwienie, gdy na monitorze machiny bankowej odczytałam komunikat NIECZYNNE. Nie, to nie może być prawda. Ja, matka, która od ponad dwóch lat nie byłam na samotnych zakupach w galerii handlowej, nastawiona na mordercze starcie z wieszakami sklepowymi prawie się poddaję. Już na starcie czuję, że polegam. Przestaje mi się chcieć. Akt drugi dramatu anty-zakupoholiczki trwa. Zrezygnować, wrócić do domu ? A może to jakiś znak, i tak zakupy by się nie udały ? Postanawiam, że tak łatwo się nie poddam. Nie robiłam pełnego makijażu po to, aby wrócić do domu i zmywać naczynia po obiedzie. Jedyny bankomat, który mi pozostał oddalony jest o jakieś 15 km. Nadrobię drogi, stracę czas, który mam tak skrzętnie przez samą siebie wyliczony, ale zrobię to co mam zaplanowane.

Jestem. Pełna entuzjazmu ruszam na szaleńcze łowy. Zrób to co masz zrobić szybko i bez niepotrzebnej analizy. Powtarzam sobie. Też tak macie, że im dłużej zastanawiacie się nad zakupem konkretnej rzeczy to jej ostatecznie nie kupicie ? Chyba, że mam przy sobie męża, który ma bardzo dużą siłę perswazji. Potrafi namówić mnie na wiele.

Celem są cztery konkretne sklepy, w których wiedziałam, że mogę dostać to czego potrzebuję. Wchodzę do pierwszego i od razu w oczy me rzuca się dział dziecięcy. Przypomniałam sobie, że chłopcom brakuje wiosennych czapek. Więc zaczynam szperać, szukać rozmiaru, dopasowywać chustki pod szyję. Przy kasie przypomniałam sobie plan, jaki sobie określiłam. Nic nie poradzę na to, że zakupy dla dzieci sprawiają mi zdecydowanie więcej przyjemności, niż dla samej siebie.

Zaczynam przeszukiwanie damskich działów. Szybko odnoszę wrażenie, że jest wszystko, ale nie to czego szukam. Półki sklepowe wypełnione po brzegi najnowszymi, wiosennymi kolekcjami, a ja czuję jakbym zapadała się pod ziemię. Nic tu dla mnie nie ma. Nic nie pasuje. Za małe. Beznadziejnie uszyte. Sztuczne materiały, pod którymi czuję się jak pod plandeką. Za drogie. Kolejny akt dramatu anty-zakupoholiczki rozkręca się na dobre.

Przekraczam próg kolejnego sklepu kierując się od razu na dział z ubraniami dla kobiet w ciąży. No co? Przecież w ostatnim czasie dwa razy usłyszałam, że mam ładny ciążowy brzuszek. A to nie brzuszek ciążowy, ale pozostałość po bliźniaczym stanie błogosławionym. Było to bardzo dobre posunięcie. Odnalazłam światełko w tunelu. Wychodzę z torbą. Migiem kolejny sklep. Co chwila sprawdzam telefon, czy nie ma żadnych nieodebranych połączeń. Zastanawiam się jak długo chłopcy spali, czy chandra po drzemce szybko odeszła w siną dal, czy stoczyli już kolejną tego dnia bitwę o koparkę. Z motorkiem w tyłku przeglądam kolejne wieszaki odkładając to co prawdopodobnie będzie pasowało. Jeszcze czynność, której nie znoszę, czyli przymierzanie i być może wypad uznam za wykonany w stopniu zadowalającym. Kierując się w stronę parkingu odczuwam ulgę, że to już koniec.

Wróciłam z kilkoma torbami. Czas spędzony poza domem zawsze rozbudza we mnie pewne refleksje. Pozostawiając dzieci pod opieką taty jestem pewna, że są bezpieczne. Wiem, że chłopcy potrzebują spędzenia czasu sam na sam z tatą. Tak samo jak ja potrzebuję chwili jedynie dla siebie. Jednak bezdyskusyjnie najlepiej czuję się wśród NICH, tych od których momentami chciałabym uciec. Ale tylko na kilka minut. Trzasnąć drzwiami, wyjść na próg, przewietrzyć umysł i wrócić. Przytulić, dać buziaka, powiedzieć kocham. Nawet w spranych spodniach i w rozciągniętej koszulce czuję się przy nich wyjątkowo.

JM

6 thoughts on “Matka na shoppingu.

  1. Kiedyś na zakupy chodziłam z mamą i babcią. Było to komfortowe, ponieważ najlepiej widziały, co leży nie tak, podczas gdy ekspedientki chciały wcisnąć ubranie, aby zarobić. Teraz chodzę sama, bo wyrobiłam swój gust, nabrałam asertywności i nie chcę, żeby ktoś ingerował w mój gust. Za miesiąc rodzę – jak wtedy będą wyglądać moje zakupy? Coraz bardziej mnie przerażają ograniczenia związane z rodzicielstwem. Ehhh… Chyba zakupy będą robione raz na jakiś czas, ale z przytupem-rozrzutem 😉

    1. Po porodzie zmieni się wiele, ale z pewnością nie wszystko. Dużo będzie zależało od Ciebie. Co do zakupów, też myślę, że będziesz szaleć nie za często, ale konkretnie.Gdy zmieniać się będzie pora roku, lub pociecha będzie wyrastała z ubranek 🙂 W moim przypadku właśnie tak jest.Życzę Ci dużo sił. Powodzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *